poniedziałek, 2 stycznia 2012

always in the end

"To pismo Ninę denerwowało, bo wciąż pisali w nim o przyjaźni. Niny ten temat już nie interesował. Wyrosła z takich dziecinnych bzdur. Kilka razy dała się nabrać fałszywym koleżankom i zawsze kończyło się tak samo: któraś z nich zachorowała, któraś usiadła w ławce z inną dziewczyną i po dwóch dniach okazywało się, że z całej tej przyjaźni nie ma co zbierać.
Pierwszy raz, jeszcze w podstawówce, serce złamała jej Beata Ważka. Gdy Nina wróciła do szkoły po chorobie, naiwnie myślała, że tylko jej się wydaje, że to przecież niemożliwe. Nie mogła uwierzyć, że w czasie gdy ona walczyła z ropną anginą, Beata zdążyła zaprzyjaźnić się z Ulką. Z mściwą satysfakcją obserwowała, jak po dwóch miesiącach dziewczyny pokłóciły się o głupie siedzenie przy oknie. Mimo, że Beata od razu przyleciała wyżalić się na Ulkę, Nina ją odtrąciła. Nie chciała mieć nic wspólnego z kimś tak zmiennym. Potem tak samo było z Pauliną. Historia powtórzyła się ze wszystkimi szczegółami. Choroba, nieobecność, powrót, zaskoczenie, rozgoryczenie, śmierć nadziei i koniec przyjaźni. (...)
Na początku pierwszej klasy polubiły się z Kasią Paprotą. Ta znajomość napotkała trochę technicznych problemów (...).
Kiedyś Kasia, grając po lekcjach w hokeja na trawie, złamała nogę. Nie było jej w szkole sześć tygodni. W tym czasie Nina po prostu usiadła z Ewą w ławce. Dobrze im się gadało, a poza tym do Ewy można było zawsze przyjść. Jej rodzice byli zamożni, w domu zawsze były cytrusy, cola, ciasteczka, czyli to wszystko, co Nina uwielbiała. Regularnie dzwoniła do Kasi, ale nigdy jej o Ewie nie wspomniała. Gdy Kasia wróciła, jeszcze przez trzy tygodnie spotykały się potajemnie i miały sporo radości, śmiejąc się z tego, że Kaśka nic nie wie. A potem nagle dowiedziała się, że Kasia jedzie na parafialną wycieczkę do Lichenia i Ewa też się wybiera z tą grupą. Nie było ich raptem dwa dni. Nina pocieszała się, że przecież się nie lubią, że będzie tam mnóstwo innych osób, że nic się nie stanie. Jednak miała złe przeczucia i jak się okazało, słusznie. Gdy wróciły, Ewa była już najserdeczniejszą przyjaciółką Kasi. Jadły na spółkę Kasine kanapki z dżemem i razem biegały do portu, żeby obserwować kilwater. Ewa poprosiła Ninę o rozmowę i bardzo spokojnie jej wytłumaczyła, że jest jej bardzo przykro, ale to, co robiły, było okropne i ona nie chce mieć nic wspólnego z kimś tak zakłamanym jak Nina. Nina nawet o Ewkę nie walczyła. Znała Kaśkę i wiedziała, że już jej ze swoich szponów nie wypuści. (...) Nina przestała lubić i Ewę, i Kasię, i nie wierzyła już w przyjaźń. Unikała zawierania bliższych znajomości z kimkolwiek."
z jedną małą różnicą. nie wierzę w przyjaźń, przyjaźni nie ma - ale nie umiem się odizolować. tak rozpaczliwie potrzebuję bliskości, że jestem w stanie zrobić wszystko, nawet wbrew sobie, żeby ktoś wreszcie był po mojej stronie, żebym komuś mogła się wygadać. jestem żałosna, ale nie umiem funkcjonować sama. od dawna to wiedziałam. a zawsze jest tak, że ktoś mi to po prostu niszczy jednym skinieniem palca, a ja się wycofuję. nie mam po co walczyć. dobrze wiem, że zawsze będzie tak, że albo kogoś stracę, albo zawsze będę na drugim miejscu. czy ja jestem nienormalna, czy ja po prostu żyję w takim środowisku, do którego nie umiem się dostosować? nie umiem. nie umiem sobie olać wszystkiego kompletnie, nie umiem zaakceptować tego że jestem na szarym końcu i nikt praktycznie się ze mną nie liczy, a jestem dla kogoś ważna tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebuje. to strasznie boli i nie wiem ile tak pociągnę. modlę się, jasna cholera, ja się modlę każdego dnia żeby tylko jutro było lepiej. żebym była silniejsza - jeżeli nie mogę mieć tego czego chcę, jeżeli nie mogę mieć koło siebie silnego ramienia, moralnego wsparcia, to chociaż niech dostanę od Boga tą siłę, żeby móc czuć się dobrze samemu. nie jestem na tyle pewna siebie, żeby żyć samemu, bez niczyjego wsparcia. nie umiem. jestem za słaba. z resztą, sama się sobie nie dziwię. skoro to ja od samego początku, od maleńkiego byłam gorsza, skoro to ja musiałam się bać, skoro to ja za szybko się przywiązywałam i byłam naiwna, że inne dzieci odwzajemnią moje uczucia, to co ma być teraz? każdy patrzy na swoją dupę i nikogo nie można być pewnym.
wiem, powinnam się cieszyć, że mam się przynajmniej do kogo odezwać. ale co to za toksyczne towarzystwo, z którego cieszę się, kiedy tylko wychodzę? w domu niby czuję się lepiej, ale jestem taka potwornie samotna, czuję się takim strasznym no-lifem, że nie wiem, czy kiedykolwiek będzie lepiej. wchodzę do domu i rozmawiam z ludźmi o tych samych pasjach, poglądach, zaczynam ich lepiej poznawać - ale co mi to pomoże. ci ludzie nie pójdą ze mną na imprezę, nie przytulą mnie, nie pomogą mi się zmierzyć z przykrymi komentarzami. nie usiądą ze mną na korytarzu i nie pomogą zapomnieć, że nic nie jest okej. tak na prawdę to gówno ich obchodzę ja i moje życie. mają własne, są dziesiątki tysięcy kilometrów ode mnie i nie muszą się mną przejmować.
wiecie o czym marzę? żeby trafić do szpitala. tak, nigdy wcześniej chyba niczego tak nie chciałam, jak teraz trafić do szpitala. chciałabym zobaczyć, kto jak zareaguje, czy ktoś w ogóle przyjdzie mnie odwiedzić. czy mam kogoś, poza rodziną, kogo w ogóle obchodzę. i chyba to zrobię, boże, mam straszne myśli. nie wiem, napiję się domestosa, zagłodzę się, łyknę coś - byle tam trafić. jakby tam było lepiej.
chciałabym kiedyś powiedzieć, że mam w dupie. chciałabym mieć świadomość i na niej się opierać, że te znajomości na nic mi się nie przydadzą. chciałabym być pewna tego, że spotkam na swojej drodze milion lepszych ludzi, którzy dostrzegą to, jak ja się staram dla nich. chciałabym być pewna tego, że osiągnę coś w życiu i tym obrzydliwym ludzkim fałszywkom będę mogła się zaśmiać w twarz.
cóż, może kiedyś.
let the tears fall.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz