środa, 23 listopada 2011

no to chyba przyszedł czas na rozkminę numer jeden. będę pisać bardzo niezrozumiale i ogólnikowo, ale muszę sobie ulżyć.
nie wiem co jest. raz zdaję się być pewna, a raz rozdarta. waham się po prostu i co, i nie wiem co mam zrobić.
wiecie, zdaje mi się, nie, poprawka. mam bardzo dobry kontakt z moimi rodzicami (póki co) i mogę im powiedzieć o wszystkim i cholernie, cholernie się z tego cieszę. to są praktycznie jedyne osoby które w stu procentach rozumieją o czym ja mówię i niemalże identycznie postrzegają świat (no, może poza tymi sprawami w których się kłócimy, proste jak budowa cepa). i co, no i nagle boję się, że zdradzam swoje i przy okazji moich rodziców idee. po prostu boję się, że ich zawiodę. tyle razy rozmawialiśmy na takie tematy i byliśmy wszyscy zdania, że to zbędny szpan, że to aż śmieszny sposób pokazania reszcie, jakim się jest dorosłym. ba, nawet usłyszałam, że gdybym jednak spróbowała - mama nie miałaby nic przeciwko. że rozumiałaby moją decyzję całkowicie. a teraz co? kiedy już prawie na sto procent podjęłam decyzję, że tak, chcę spróbować bo od początku byłam zdania że nie jestem świętą abstynentką przeciwniczką z marszu delegalizacji czy jak to się mówi... to teraz się czuję dziwnie. że osobie takiej jak ja, która nieco inaczej postrzega świat niż cała reszta, chociaż stara się nie odstawać - w takim wieku... nie wypada. nie wiem, nie mam zielonego pojęcia co mam zrobić. a czuję, że wyrzuty sumienia będę mieć ogromne.

dobra. przetrwaliśmy tę ciężką dawkę rozkminy i wyżywania się... teraz pora delikatniej. no, nieco delikatniej.
użeram się od kilku dni z osobą, która chce się zabić. no, żeby mi z tym było łatwo to nie powiem, bo ta osoba nie przyjmuje do siebie żadnych argumentów, nic. jest zamknięta całkiem, ma umysł całkiem zamknięty i nie przyjmuje jakiegokolwiek słowa krytyki. zastanawiam się, czy dać sobie z nią spokój, czy też dalej próbować ją utwierdzać w przekonaniu, że to co robi, jest złe i nierozsądne. dodatkowo, jeśli ona utożsamia się z pewnym sławnym bloggerem i przeżywa wszystko zdecydowanie zbyt mocno... no cóż.
jest godzina dwudziesta trzecia osiemnaście, a ja jutro znów zaśpię do szkoły. mama nie podpisała mi dokumentów koniecznych na jutro do szkoły, dodatkowo o tej porze mam jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia, a ja nie zrobiłam nic. hahahaha. czuję w powietrzu mocną ładnie i grzecznie mówiąc... reprymendę?
kolejny raz chyba za dużo na siebie wzięłam. no, gdybym tylko miała chwilkę, to coś bym skrobnęła. ostatnio noszą mnie takie emocje, że aż dziwne, że nic nie piszę...

trzymajcie za mnie kciuki, bo polegnę bez walki
hi.enka

1 komentarz:

  1. dlaczego "homogenizowanaidiotka" skoro tak mądrze piszesz ?
    zapraszam do mnie na http://filmowadroga.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń