tak więc, doczekałam się, nie byłam dwa dni w szkole, siedziałam w domu. choruję sobie wdzięcznie na infekcję wirusową objawiającą się bólem gardła, kaszlem i skrajnie dużą chrypą. szczerze mówiąc, nikomu nie polecam. od dwóch tygodni czekałam na tę chorobę, a teraz paradoksalnie tylko czekam aż wrócę do szkoły - na szczęście już jutro. nie wiem dlaczego, może jestem paranoiczką, ale zdaje mi się że jak wrócę do szkoły to od razu będę 'out', nikt nie będzie chciał ze mną rozmawiać. uroki polskiej wsi. zadufane w sobie osoby, dla których liczy się tylko jak najswobodniejsze przepłynięcie od jednego dnia do drugiego, nie zważając przy tym na nic i na nikogo. pf. miłe, ale zdążyłam się przyzwyczaić. to znaczy nie, że jestem sobie jakąś straszną indywidualistką i egzystuję w szkole na zasadzie "obiekt do wyśmiewania", ale jakoś specjalnie uwielbiana to tam nie jestem. i co. i nie cierpię z tego powodu. jestem zdania że te kontakty z teraz nie przydadzą mi się praktycznie na nic. śmieszy mnie to całe szpanerstwo dookoła i manifestowanie dorosłości alkoholem. mogę mieć własne zasady i dobrze się bawić. i tak właśnie robię, fuck the world.
and get aids.
sialalalalla. jest poniedziałek wieczór, ja zdaję się kaszleć i kichać bardziej niż kaszlałam i kichałam na początku mojej pięknej infekcji (jak ja lubię słowo infekcja), ale to co. patatajam do szkoły pełną parą. modlę się tylko, żeby nie było za dużo roboty, jak wrócę. no bo przecież jak mnie nie ma to oni nic sami nie umieją zrobić. matołki kochane.
(to taki bonusik jakby któryś z nich przypadkiem tu trafił i rozszyfrował kim jestem, bo jakoś się z tym specjalnie nie kryję, a wbrew wszystkiemu ich kocham, ajć sosna)
spadam pisać pracę z polskiego
egoistyczna hi.enka
Zdrowiej,zdrowiej :)
OdpowiedzUsuńMnie też jakieś przeziebienie łapie :(