"jedną z osób, która zdecydowała się opowiedzieć o swoich lękach, jest M. nie ujawniamy jej imienia, gdyż o to prosiła. ona z kolei najbardziej boi się... samotności, wykluczenia.
- ciągle porównuję się z koleżankami i widzę, że one są fajniejsze, mądrzejsze, ładniejsze - zwierza się m. - maję lepiej pod wieloma względami. a ja cały czas muszę się starać, żeby o mnie nie zapomniały, jak gdzieś idą czy coś robią. wiem, że im nie zależy na moim towarzystwie, że tylko mnie akceptują. wolałabym mieć grono dobrych przyjaciół (...), ale na razie jest tak, jak jest. i ciągle się boję, że one zobaczą, jaka jestem nijaka, że udaję fajną, a tak na prawdę nie warto się ze mną kolegować. i że mnie odrzucą, a ja będę sama. tego najbardziej się boję. każdego dnia kilka razy sprawdzam na GG, w komórce i na face, czy nie ma jakiś informacji od kogoś. muszę być na bieżąco, bo nikt nie pofatyguję się, żeby mnie o czymś poinformować. czy strach który odczuwa m., jest naturalny? (...)
strach paraliżujący, powodujący czarne myśli, bezustanne oczekiwanie na coś złego - to strach zły, trzeba mu przeciwdziałać. (...) podobnie jest ze strachem, który wynika z niskiej samooceny. nic nie jest warte towarzystwo, o które musimy nieustannie zabiegać, które nie daje nam żadnego wsparcia. lepiej rozejrzeć się za jakąkolwiek inną bratnią duszą lub nauczyć się spędzać czas samemu, niż bez przerwy bać się, że przestaniemy być lubiani i akceptowani. takie lęki nie prowadzą do niczego dobrego"
jasna cholera, dlaczego ja wszędzie muszę widzieć teksty o sobie?
jest źle. co tu dużo gadać, jest beznadziejnie. nie nadaję się, kruszę się, sypię, łamię. nie chcę istnieć, nie chcę patrzeć na to wszystko. mam dość, mam bardzo dużo dość. codziennie zakładam pieprzoną maskę i idę do szkoły, udając, że wszystko jest w porządku, że przecież pasuje mi taki stan rzeczy. nie mam kurwa nikogo, i sobie tak, kurwa, nie radzę sobie z tym. nie, wbrew wszystkiemu, NIE JESTEM silna i nie mam silnego charakteru, I NIE DAJĘ RADY iść przez życie bez nikogo, wiecznie na ostatnim miejscu. to jest tak trudno, okazać wsparcie? to na prawdę wcale nie widać, że ja każdego dnia walczę żeby wytrzymać te kilka godzin i nie rozryczeć się w głos?
pierwszy raz, cholera jasna. pierwszy raz myślę realnie o zrobieniu sobie czegoś. co wy wszyscy ze mną zrobiliście? wiecie, co zrobiliście? nie wiecie, nawet sobie kurwa nie zdajecie z tego sprawy. nie mogę codziennie tam chodzić i patrzeć na wasze twarze. rzygam wami, wami całymi i oddałabym wszystko, żeby móc wykasować wszystkie wspomnienia, a najlepiej urodzić się jako ktoś inny. najlepiej jako ktoś szczęśliwy. roses are red, violets are blue, i wish i had no depression, pizda, kurwa, chuj.
nie umiem. nie, nie umiem się zabić, bo nie mam odwagi. nie mam jebanej odwagi się powiesić, podciąć sobie żył, ani nawet łyknąć proszków. z resztą, nawet nie wiem jakich, ile, i skąd je wziąć. ha, ciekawe. ciekawe, jaka byłaby reakcja. "ona? ona się zabiła? jak to? dlaczego? przecież, przecież ona była zawsze taka uśmiechnięta, taka fajna! tak ją wszyscy lubiliśmy!" czy może "ona? no tak, nie spodziewałem/łam się. zawsze była jakaś dziwna, dobrze, że jej nie ma". cóż, z resztą co mi szkodzi. chcę szpital. gdybym miała wystarczająco odwagi, żeby nie jeść nic dwa dni - bardzo chętnie. boże, proszę, błagam. pozwól mi wylądować na oddziale, pozwól mi zobaczyć, czy ktoś przyjdzie. a jeśli nikt nie przyjdzie, to ześlij na mnie jakiś cholerny grom, żebym zniknęła, bo ja już nie daję rady. czemu ja? dlaczego to ja mam mieć tak w życiu ciężko?
spotkałam dzisiaj na ulicy mojego kuzyna. szedł na pociąg. student, wrócił właśnie z Paryża. pełna kulturka. czy jest szczęśliwy? nie wiem, nie jestem z nim tak blisko, żeby zapytać. a chciałabym. słyszałam, że wybiera się do Londynu. niech mnie w takim razie zabierze. tak. pozwólcie mi umrzeć w londynie.
tak, ty jesteś infantylna. i ty też, ty też, i ty też. niszczycie mnie od środka, i nawet o tym nie wiecie.
cóż. może kiedyś przyjdzie wam to głowy. może na moim pogrzebie?
niszczą Ciebie te sucze. to one powinny sobie podciąć żyły, wciąż tabletki, powiesić się, niech zginą, a nie niszczą bezbronnego człowieka, który wniesie o wiele więcej do tego świata niż one z tymi krzywymi, męskimi mordami, perukami i charakterem gorszym od niejednego ziemniora. mała, wiesz że cię kocham z całego serduszka i nie dam skrzywdzić. przyjadę kiedyś do ciebie i im wygarnę, raz a porządnie. wytrzymaj trzy, niecałe trzy lata. w liceum będziesz mogła mieć już je w dupie. a w między czasie jeszcze ja będę już mogła Ciebie odwiedzić. dasz sobie radę. remember, I'll always be there for you. :) <3
OdpowiedzUsuń